• [ KRÓTKO ]

    Czy jestem szczęśliwym jeźdźcem? Czy warto być prawdziwym w środowisku jeździeckim? Czego polski jeździec mógłby nauczyć się od holenderskiego czy niemieckiego dresażysty? - zapraszm do lektury kwietniowego numeru magazynu jeździeckiego "Konie i Rumaki"
Michał Rapcewicz (10 marca 1982 rok) Moja przygoda z końmi zaczęła się na plaży w Sopocie, gdzie po raz pierwszy wsiadłem na konia. Miałem wtedy 6 lat, ale do dziś pamiętam ten moment. W wieku 9 lat trafiłem do SO Książ. Nie odrazu siadłem w siodło ujeżdżeniowe. Przez ponad 4 lata trenowałem skoki i WKKW. Dressage wymyśliłem sobie już jako nastolatek. Pierwszy prawdziwy kontakt z ujeżdżeniem miałem w K.J. Celbant, gdzie przez kilka ładnych lat trenowałem pod okiem Anny Bienias. Moim pierwszym koniem GP był Cyprys - koń profesor i wspaniały kumpel. Później była Arteria i wreszcie Randon (Czuwaj sp. - Rafa sp. po Fanimo KWPN), który pojawił się po śmierci Cyprysa (Cyprys umarł w szpitalu na kolkę). Razem z Randonem 3-krotnie wywalczyliśmy złoty medal Mistrzostw Polski (w latach: 2007, 2008 i 2009) i w 2008 roku pojechaliśmy na Olimpiadę (Pekin, 2008r.), którą wymarzyłem sobie jeszcze jako dziecko. Po tym, jak udało mi się zagrać z Randonem na Mistrzostwa Świata, wyjechałem do Holandii, do trenera Sjefa Jansena.